„Małe dzieci potrzebują przede wszystkim swobodnej zabawy i podążania za ich potrzebami”.
Ile razy ja już słyszałam to zdanie!
I wiecie co? Zgadzam się z nim. Naprawdę.
Problem zaczyna się wtedy, gdy swobodna zabawa zostaje pomylona z puszczeniem dzieci samopas, a podążanie za dzieckiem z brakiem jakiegokolwiek zaangażowania dorosłego.
Bo z moich doświadczeń pracy w żłobku i obserwacji na placach zabaw wyłania się czasem dość osobliwy obraz tej całej „swobody”.
Dzieci biegają, eksplorują, wymyślają zabawy, a gdzieś z boku stoi grupka opiekunek, zajęta rozmową i rzucająca od czasu do czasu:
„Przestań!”
„Nie biegaj!”
„Zostaw!”
„Nie wolno!”
„Uważaj, bo zrobisz sobie krzywdę!”
I niby co taka swobodna zabawa wnosi do rozwoju dziecka?
Ja widzę tutaj przede wszystkim pewien komunikacyjny absurd:
„Idź i baw się, jak chcesz. Ale tylko tak, żeby nie przeszkadzać mi i spełniać moje oczekiwania, których nawet Ci nie wyjaśniłam”.
No dobrze. Ponarzekałam.
Teraz opowiem, czego moim zdaniem naprawdę potrzebują małe dzieci.
Swobodna zabawa? Tak! Ale dorosły nie jest elementem wyposażenia placu zabaw
Zacznijmy od tego, że nie jestem zwolenniczką ciągłego organizowania dzieciom czasu.
Nie uważam, że trzeba nieustannie wymyślać nowe zabawy, zaskakiwać kolejnymi atrakcjami czy stymulować rozwój na każdym kroku.
Wręcz przeciwnie.
Każdy człowiek potrzebuje swobody, przestrzeni dla siebie i okazji do doświadczenia nudy. Małe dzieci również.
To właśnie podczas samodzielnej zabawy mają możliwość eksperymentowania, rozwijania wyobraźni, podejmowania decyzji i odkrywania własnych możliwości.
Ale jest jeszcze coś.
Małe dzieci, nawet kiedy wydają się całkowicie zanurzone we własnym świecie, potrzebują uważnej obecności dojrzałego dorosłego.
Nie dorosłego, który nieustannie nimi kieruje.
Nie dorosłego, który co chwilę podpowiada, poprawia i pokazuje, jak należy się bawić.
I nie dorosłego, który jedynie obserwuje z daleka, czy przypadkiem komuś nie dzieje się krzywda.
Potrzebują kogoś, kto naprawdę jest z nimi.
Kogoś, kto potrafi rozpoznać, kiedy warto się włączyć, kiedy zaoferować wsparcie, a kiedy po prostu nie przeszkadzać.
Bo uważna obecność to nie ciągła ingerencja.
To gotowość do bycia częścią dziecięcego świata.
Zejdź z piedestału. Najlepiej prosto na podłogę.
Dzieci biegają po placu zabaw?
Świetnie!
Pobiegaj z nimi. Poobserwuj, co wymyślają. Daj się zaprosić do ich zabawy. Może tym razem to one pokażą Ci coś nowego?
A jeśli świetnie radzą sobie same i nie potrzebują Twojego udziału, uszanuj to. Bądź w pobliżu, dostępna i uważna.
Dzieci budują z klocków, układają materiały albo tworzą własne konstrukcje na podłodze?
Fantastycznie!
Usiądź obok. Poobserwuj. Możesz wziąć kilka klocków i zacząć budować coś swojego, nie narzucając dzieciom własnego pomysłu.
Może któreś zaprosi Cię do współpracy. A może nie.
I to też jest w porządku.
W ten sposób pokazujesz:
„Jestem tutaj z Wami. Interesuje mnie Wasz świat. Nie jestem tylko po to, żeby Was pilnować”.
A teraz wyobraź sobie, że dzieci jedzą posiłek.
Co robisz?
Siadaj z nimi! Jedz razem z nimi. Rozmawiaj, obserwuj, uczestnicz we wspólnym doświadczeniu.
Łykasz jedzenie jak pelikan, a potem nie masz co ze sobą zrobić, bo dzieci nadal spokojnie jedzą?
To spróbuj trochę zwolnić. Twój układ pokarmowy pewnie też będzie Ci wdzięczny. 😉
Bo posiłek to nie tylko moment zaspokajania głodu. To okazja do budowania relacji, poznawania zasad wspólnego życia, rozwijania samodzielności i uczenia się przez obserwację.
A dzieci uczą się znacznie więcej z tego, co robimy, niż z tego, co im opowiadamy.
Konflikt między dziećmi? Świetnie, mamy okazję do nauki!
Dwoje maluchów chce tę samą zabawkę.
Jedno wyrywa ją drugiemu. Pojawia się płacz, krzyk, frustracja.
I co teraz?
Oczywiście naszym obowiązkiem jest zadbać o bezpieczeństwo dzieci i zatrzymać zachowania, które mogą wyrządzić krzywdę.
Ale nie musimy przy tym wpadać w większe emocje niż sami zainteresowani.
Nie musimy natychmiast szukać winnego, wymuszać przeprosin ani rozwiązywać konfliktu za dzieci.
Możemy zrobić coś znacznie wartościowszego.
Podejść. Usiąść na ich poziomie. Nazwać to, co się wydarzyło. Pomóc zrozumieć sytuację. Pokazać, w jaki sposób można komunikować swoje potrzeby i szukać rozwiązania.
Czasem będzie to wymagało naszej zdecydowanej interwencji. Innym razem wystarczy kilka spokojnych słów i obecność.
Dziecko nie potrzebuje ratownika, który usunie z jego drogi każdą trudność. Potrzebuje przewodnika, który pokaże mu, jak sobie z nią radzić.
I właśnie dlatego konflikty między dziećmi, choć bywają męczące, są niezwykle wartościowymi doświadczeniami rozwojowymi.
To w nich dzieci stopniowo uczą się komunikacji, rozpoznawania emocji, respektowania granic i funkcjonowania wśród innych ludzi.
Pod warunkiem że mają obok siebie dorosłego, który potrafi je przez te sytuacje przeprowadzić.
Zanim zaczniesz regulować emocje dziecka, przyjrzyj się własnym
Małe dziecko dopiero uczy się radzenia sobie z silnymi emocjami.
Nie ma jeszcze takich możliwości samoregulacji jak dojrzały dorosły. Dlatego tak bardzo potrzebuje naszego wsparcia i koregulacji.
Kiedy przeżywa złość, frustrację czy rozczarowanie, obserwuje nie tylko to, co do niego mówimy.
Obserwuje przede wszystkim nasze reakcje.
Co robimy, kiedy coś idzie nie po naszej myśli?
Jak reagujemy na krzyk?
Czy potrafimy zachować spokój?
Czy umiemy przyznać się do błędu?
Czy potrafimy przeprosić?
Nie chodzi o to, żeby opiekunka nigdy się nie zdenerwowała. W końcu jesteśmy ludźmi, nie robotami.
Chodzi o świadomość, że nasze zachowanie jest dla dzieci wzorem.
Jeśli tracisz cierpliwość, możesz pokazać, jak wrócić do równowagi.
Jeśli popełnisz błąd, możesz wziąć za niego odpowiedzialność.
Jeśli sytuacja Cię przerasta, możesz zadbać o bezpieczeństwo dzieci, zatrzymać się i poszukać wsparcia.
Bo dobry przewodnik nie jest człowiekiem bez emocji. Jest człowiekiem, który bierze odpowiedzialność za to, co z nimi robi.
„Ta dzisiejsza młodzież…”
Pewnie znasz to powiedzenie.
„Ta dzisiejsza młodzież nie ma szacunku”.
„Ta dzisiejsza młodzież nie potrafi rozmawiać”.
„Ta dzisiejsza młodzież…”
Można tak wymieniać bez końca.
Tylko wiecie co?
Ta dzisiejsza młodzież nie wzięła się znikąd.
Zanim stała się młodzieżą, była dziećmi. Małymi ludźmi, którzy każdego dnia obserwowali otaczających ich dorosłych.
Uczyli się od nas, jak traktować innych, jak reagować na trudności, jak rozmawiać i jak rozwiązywać konflikty.
Oczywiście rozwój człowieka jest znacznie bardziej złożony i nie wszystko zależy od zachowania jednego opiekuna czy rodzica.
Ale nie możemy udawać, że nasze codzienne postawy nie mają znaczenia.
Mają. I to ogromne.
Dlatego uważam, że praca z najmłodszymi wymaga czegoś więcej niż cierpliwości, dobrej organizacji i znajomości zabaw odpowiednich do wieku.
Wymaga refleksji nad sobą.
Nad własnymi przekonaniami, reakcjami, sposobem komunikacji i tym, co każdego dnia pokazujemy dzieciom.
Bo czy nam się to podoba, czy nie — jesteśmy dla nich wzorem.
Kim jesteś? Kim chcesz być?
Pracując z małymi dziećmi, warto od czasu do czasu zadać sobie jedno pytanie.
Kim właściwie chcę dla nich być?
Osobą, której głównym celem jest dopilnowanie, żeby nikomu nic się nie stało, przetrwanie do godziny 16:00 i powrót do domu, gdzie wreszcie można włączyć Netflixa?
Czy osobą, która po kilku latach pracy będzie mogła powiedzieć:
„Jestem spełniona. Byłam obecna. Pokazałam dzieciom swoje najbardziej wartościowe życiowe postawy. Pomagałam im rozwijać kompetencje społeczne, uczyłam je, jak radzić sobie z emocjami, jak szanować innych i jak wierzyć we własne możliwości. Dałam im solidne fundamenty na kolejne etapy życia”.
Oczywiście jedno nie wyklucza drugiego. 😉 Każda opiekunka ma prawo być zmęczona, odpoczywać i wieczorem oglądać ulubiony serial.
Ale podczas pracy warto pamiętać, że jesteśmy dla dzieci kimś znacznie ważniejszym niż tylko osobą odpowiedzialną za ich bezpieczeństwo.
Jesteśmy częścią ich świata w jednym z najbardziej intensywnych etapów rozwoju.
I mamy realny wpływ na to, czego w tym świecie doświadczają.
Więc kim chcesz być? Opiekunką, która pilnuje, czy opiekunką, która jest przewodniczką?
Ja zdecydowanie wybieram to drugie.
Tak pracowałam przez lata i właśnie tego uczę kobiety tworzące własne miejsca dziennej opieki w ramach franczyzy Makówki.
Bo wierzę, że najlepszą rzeczą, jaką możemy dać małym dzieciom, nie jest niekończąca się lista atrakcji.
Jest nią obecność dorosłego, od którego naprawdę warto się uczyć.