A właściwie… początkowo dokładnie taki miałam plan.
W 2017 roku marzyłam o otwarciu żłobka. Ale nie byle jakiego! Chciałam stworzyć miejsce kameralne, bliskościowe, angażujące rodziców, z mniejszą liczbą dzieci przypadających na jedną opiekunkę. Miejsce, w którym relacje, szacunek i indywidualne podejście nie będą jedynie pięknymi hasłami na stronie internetowej.
Poszłam więc zdobywać doświadczenie do żłobka.
I dość szybko zrozumiałam, że to jednak nie moja droga.
To, czego sama doświadczyłam, a później również historie innych osób pracujących w żłobkach, uświadomiły mi, jak trudno będzie mi realizować swoją wizję w ramach modelu, który znałam.
Nie chciałam rezygnować z bliskości, uważności i swobody w podejmowaniu decyzji. Nie chciałam dopasowywać dzieci do organizacji placówki. Chciałam stworzyć miejsce, którego organizacja będzie dopasowana do potrzeb dzieci.
Tylko jeszcze nie wiedziałam, jak to zrobić.
Od żłobka do pracy niani. Nieplanowana droga do czegoś wyjątkowego
Splot życiowych wydarzeń skierował mnie na zupełnie inną ścieżkę zawodową. Zostałam nianią.
Dziś wiem, że był to jeden z najważniejszych etapów mojej zawodowej drogi.
Praca w prywatnych domach miała dla mnie dwa niezwykle ważne oblicza.
Po pierwsze, sama czułam się tam bezpieczna, zaopiekowana i doceniona. W tamtym momencie życia bardzo tego potrzebowałam.
Po drugie, odkryłam w sobie kompetencje, których wcześniej nie dostrzegałam.
Zrozumiałam, że świetnie odnajduję się nie tylko w pracy z dziećmi, ale również we współpracy z ich rodzicami. Potrafię budować relacje, rozmawiać o trudnościach, wspierać, towarzyszyć i wspólnie szukać rozwiązań.
I właśnie wtedy pojawiła się myśl, która zmieniła wszystko.
Skoro tak dobrze odnajduję się we współpracy z jedną rodziną, dlaczego nie miałabym poradzić sobie z trzema, czterema, a nawet pięcioma?
Bo od początku nie myślałam wyłącznie o grupie pięciorga dzieci.
Myślałam o pięciu rodzinach.
Makówka. Nie placówka, a mała społeczność
Tak narodziła się idea Makówki.
Miejsca, które miało być czymś więcej niż punktem, do którego rodzice przyprowadzają rano dzieci, a po południu je odbierają.
Chciałam stworzyć kameralną społeczność. Taką, w której ludzie się znają, rozumieją, wspierają i zmierzają w podobnym kierunku. W której dzieci czują się bezpieczne, rodzice są ważną częścią codzienności, a opiekunka nie jest anonimową osobą wykonującą swoje obowiązki.
I udało się!
Makówka okazała się moim życiowym strzałem w dziesiątkę.
W końcu mogłam w pełni realizować się zawodowo — nie tylko jako opiekunka, ale również jako przewodniczka i edukatorka małych ludzi, których rozwój nigdy nie przestanie mnie fascynować.
Co najważniejsze, mogłam robić to po swojemu.
Edukacja, która ma sens. Nie tylko na papierze
W Makówce mogłam wreszcie wcielić w życie swoją wizję edukacji najmłodszych.
Edukacji opartej na zabawie, towarzyszeniu dziecku i podążaniu za jego potrzebami, ale jednocześnie świadomej, przemyślanej i celowej.
Takiej, w której poszczególne doświadczenia są ze sobą powiązane, dzieci odkrywają zależności przyczynowo-skutkowe, a nowe umiejętności rozwijają się na fundamentach tych już zdobytych.
Właśnie na tych założeniach oparłam swoją autorską edukację poniemowlęcą, wykorzystującą między innymi spiralną metodę nauczania.
Ważne miejsce zajmują w niej rytm, powtarzalność i przewidywalność, które pomagają małym dzieciom odnajdywać się w codzienności i wzmacniają ich poczucie bezpieczeństwa.
Nie chodzi o to, żeby dziecko do trzeciego roku życia realizowało sztywny program edukacyjny.
Chodzi o to, żeby dorosły wiedział, po co proponuje mu określone doświadczenia, potrafił je ze sobą łączyć i jednocześnie pozostawał uważny na potrzeby dziecka.
Bo swobodna zabawa i świadoma edukacja nie muszą ze sobą konkurować. Mogą się znakomicie uzupełniać.
Prawdziwe potwierdzenie, że obrana przeze mnie droga ma sens, przyszło jednak nieco później.
Wraz z pierwszymi informacjami od rodziców dzieci, które zakończyły swoją przygodę z Makówką i rozpoczęły edukację przedszkolną.
Słyszałam, że świetnie odnajdują się w grupie, są samodzielne, mają dobrze rozwinięte kompetencje społeczne i z łatwością przechodzą między kolejnymi aktywnościami.
Że są dobrze przygotowane do nowego etapu.
Miód na moje serce!
Dziś pomysły na zajęcia, zabawy tematyczne oraz wskazówki dotyczące świadomego wspierania rozwoju dzieci gromadzę na autorskiej platformie edukacyjnej, z której korzystają franczyzobiorczynie Makówki w całej Polsce.
To, co kiedyś powstawało na potrzeby mojej małej grupy, dziś służy kolejnym dzieciom i opiekunkom.
Bliskość nie musi kończyć się tam, gdzie zaczyna się opieka grupowa
Drugim filarem Makówki stało się podejście do dzieci.
Zawsze zależało mi na tym, żeby opieka była oparta na szacunku, bliskości i uważności. Żeby dziecko nie musiało zasługiwać na naszą uwagę, a jego emocje nie były traktowane jak problem, który należy jak najszybciej rozwiązać.
W swoim miejscu mogłam wreszcie realizować tę wizję bez ciągłego oglądania się na organizacyjne ograniczenia.
Mogłam adaptować dzieci pojedynczo, poświęcając każdemu z nich i jego rodzicom tyle uwagi, ile potrzebowali.
Mogłam spędzać większość dnia na podłodze, na poziomie dzieci. Być blisko, obserwować, towarzyszyć, reagować.
Mogłam pozwolić sobie na drzemki kontaktowe, jeśli właśnie tego potrzebował maluch.
Mogłam łączyć różne nurty wychowawcze i świadomie korzystać z ich narzędzi, zamiast kurczowo trzymać się jednej metody.
Pozytywna Dyscyplina, Porozumienie bez Przemocy, Rodzicielstwo Bliskości czy pedagogika Montessori nie musiały być dla mnie konkurującymi ze sobą koncepcjami. Mogłam czerpać z każdej to, co najlepiej odpowiadało potrzebom dzieci i moim wartościom.
A przede wszystkim mogłam być spokojna.
Bo wierzę, że spokojny, świadomy i autentyczny dorosły jest jednym z najważniejszych zasobów, jakie możemy dać małemu dziecku.
To właśnie od nas dzieci uczą się, jak rozmawiać z innymi, jak radzić sobie z trudnymi emocjami, jak rozwiązywać konflikty i jak odnosić się z szacunkiem do ludzi oraz otaczającego świata.
Nie z wykładów. Nie z pogadanek.
Z codziennego życia. Z obserwacji. Z naszych reakcji.
Rodzice po tej samej stronie
Trzecim filarem Makówki od początku były relacje z rodzicami.
Takie, na jakie moim zdaniem zasługuje każda rodzina powierzająca komuś opiekę nad swoim dzieckiem.
Oparte na zaufaniu, otwartości i wzajemnym wsparciu.
Chciałam, żeby rodzice wiedzieli, że mogą ze mną porozmawiać o wszystkim. O swoich wątpliwościach, trudnościach, obawach, ale też o małych i wielkich sukcesach swoich dzieci.
Żeby nie musieli zastanawiać się, czy zostaną ocenieni, niezrozumiani albo potraktowani z góry.
I żeby mieli pewność, że gramy do jednej bramki.
W modelu dziennej opieki jest coś, co szczególnie cenię — jedna stała opiekunka, która przez kolejne lata naprawdę poznaje dziecko i jego rodzinę.
Widzi, jak maluch rośnie, zmienia się, rozwija i pokonuje kolejne wyzwania. Zna jego temperament, potrzeby, mocne strony i trudności.
Potrafi wychwycić sygnały, które warto skonsultować ze specjalistą, ale też wesprzeć i uspokoić rodzica, kiedy zwyczajny etap rozwoju zaczyna budzić niepokój.
Nie zastępuje rodziców i nie próbuje wiedzieć lepiej.
Jest obok nich. Wspiera ich w wychowaniu. Dzieli się obserwacjami, doświadczeniem i wiedzą.
Bo wierzę, że najlepsze rzeczy dzieją się wtedy, gdy rodzic i opiekunka tworzą jedną drużynę.
Z jednego mieszkania do ogólnopolskiej sieci
Kiedy powstawała Makówka, myślałam przede wszystkim o dzieciach i rodzinach, które będę otaczać opieką.
Nie przypuszczałam jeszcze, że pewnego dnia zacznę uczyć inne kobiety, jak tworzyć podobne miejsca.
Dziś właśnie tym się zajmuję.
Ale nie uczę wyłącznie, jak otworzyć i prowadzić własne miejsce dziennej opieki.
Uczę, jak stać się opiekunką, której sama chciałabym powierzyć swoje dziecko.
Jak rozwijać własne kompetencje, pracować nad sobą i być świadomą przewodniczką małych ludzi.
Jak budować wartościowe relacje z rodzicami, które pozostają w sercu na lata.
Jak tworzyć bezpieczną przestrzeń do rozwoju, w której dzieci są naprawdę zauważane, a dorosły rozumie swoją rolę i odpowiedzialność.
Zapewniam również zaplecze prawne, marketingowe, edukacyjne i rozwojowe, żeby kobiety, które decydują się dołączyć do Makówki, nie musiały wszystkiego odkrywać samodzielnie.
Bo chcę, żeby mogły skupić się na tym, co najważniejsze — na dzieciach, relacjach i jakości codziennej opieki.
I kiedy dziś patrzę na drogę, którą przeszłam, czuję ogromną dumę.
Z tego, że nie porzuciłam swojej wizji, choć musiałam całkowicie zmienić pierwotny plan.
Z tego, że zaufałam swoim kompetencjom.
I z tego, że coś, co zaczęło się od mojej osobistej potrzeby stworzenia lepszego miejsca dla małych ludzi, dziś rozwija się dzięki kolejnym kobietom, które podzielają te same wartości.
Nie otworzyłam więc kolejnego żłobka.
Stworzyłam Makówkę.
I nie zamieniłabym tej drogi na żadną inną.
Zapraszam Cię do mojego świata dziennej opieki. Do świata Makówki.